do menu


Smak pleśni

czyli "urodzinowa" rozmowa na pograniczu szczerości ze stałym korespondentem
bocznego toru - dastem




pytający: Dobiegłeś trzydziestki. Co słychać?

odpowiadający: Sapanie.

Czujesz się wyczerpany?

Ciężko mi oddychać przez nos. To ostatnie miejsce na głowie, gdzie nie łysieję. Serio mówiąc, moja studnia jeszcze nie wyschła, ale ostatnio muszę coraz głębiej drążyć, żeby nie pić mętnej cieczy z wierzchu.

Napiszesz coś o tym?

O depilacji nosa próbowałem. A tak w ogóle, to na razie patrzę jak życie rozgrywa się. Nie powiem, że gdzieś obok i bez mojego udziału - jestem mniej naiwny niż kiedyś - po prostu obserwuję. Nie ma to nic wspólnego z kontemplacją.

To kwestia przystosowania czy raczej nieprzystosowania?

Raczej wciąż niewiedzy: co dalej? I jednocześnie, w ramach tej niewiedzy, zrozumienia paru spraw: na przykład tego, że nie zastąpię siebie kimś innym. Próbuję nie przejmować się tym, że od jakiegoś czasu znikomo mało powodów do zachwytu i nawet nuda nie nudzi jak kiedyś, kiedy się usilnie chciało nie siedzieć bez sił. Nie chce mi się tego rozwijać, nie ufam w możliwość właściwego wypowiedzenia. Dlatego porzuciłem ostatnio pisanie.

Odpuściłeś całkowicie czy czekasz na nowe bodźce?

To żart?

Uważasz, że jest coś zabawnego w szukaniu nowych bodźców?

Nowość to działka sprzedawców. Jeśli na serio się zastanowić, to pozostaje tylko, że wspomnę z pamięci słowa Paula Klee: "wielka potrzeba, wielka konieczność zaczynać od najmniejszego. Chcę być jak nowo narodzony, nie wiedzieć nic o Europie, zupełnie nic. Nie mieć żadnego rozmachu, być początkiem...". Tak. Nowo narodzony - to pięknie brzmi. Tylko że jak się raz urodzisz i zapamiętasz choć trochę z tego, co przeżyłeś, spostrzegasz, że nie ma szans na powrót do początku - jest rozpęd (o ile jest) i później hamowanie (mniej lub bardziej bolesne). A jeśli ci z tym źle, możesz włączyć telewizor i poszukać programu w stylu "Młodość przychodzi z wiekiem".

Wyhamowanie. Czy takie są twoje plany na przyszłość, nie chcesz się w coś zaangażować?

Coś, gdzieś, jakoś. Co konkretnie?

A co czujesz?

Niech się zastanowię. Jakie to teraz trudne.

Nic już cię nie porusza?

Porusza mnie ruch. Gdy się ruszam.

Czy z okazji urodzin...

Nie urodzin, lecz rocznicy urodzin. Kolejnej.

I w dodatku dość znaczącej. Czy postanowiłeś coś na przyszłość?

Mam słabość do refleksji. Życzyłbym sobie ją zwalczyć. Nie wiem, czy słusznie uważa się skończenie trzydziestu lat za przełom. Ale tworzy się taki klimat, taka sytuacja trochę krępująca, jeśli się zastanowić nad sobą. Bo najpierw chcesz wszystko zburzyć i postawić na nowo, wierzysz w ciągły rozwój, zmieniasz się, nie dbasz o to, co było - liczysz na swój potencjał, o którym masz dobre zdanie. Masz przed sobą możliwości, widzisz je - to, co nie dokonane, nie daje ci spać i motywuje drapieżnie. Potem spowalniasz, łagodniejesz, musisz częściej odpoczywać, znajdujesz zadowolenie w gromadzeniu wspomnień, pogrywasz w "za i przeciw", starasz się dokładniej zadowalać tym, co jest, choć nie zawsze ci się to udaje. Bo mimo ślimaczej monotonii czasem odzywa się jakaś tęskna nuta. Żal, że tak łatwo człowiek sobie odpuszcza to i tamto. I że zaspokaja się w skali mikro. Są przecież możliwości. A zarazem czuje się ironię lotu na uwięzi. Chyba dostatecznie wykazałem skłonność do autoegzaltacji?

To, o czym mówisz, brzmi jak oferta dla pogodzonych i uśpionych. Takim się widzisz?

Chciałbym czuć intuicyjnie, że mimo wszystko i mimo nic - jestem właściwie, po prostu, skoro już jestem. Czuć się właściwie, to jest dopiero coś!

Nie żyjesz w próżni.

To nie jest łatwe "być po prostu", dziecinnie jest narzekać. Trzeba być kimś, gdzieś, o właściwej porze i z wymiernym skutkiem. Też ulegam bałwochwalczemu uniżeniu dla świata zdobywców biegunów i everestów. Jednak często dopada mnie poczucie żałości.

Dlaczego?

Wycofać się w małe przyjemności bycia ot tak sobie - to prawie jak zrezygnować z rozwoju. W świecie ekspansji taka propozycja to przecież zwykłe dawanie ciała.

Więc co proponujesz, pracę nad sobą?

Praca, praca, praca. Samo powtarzanie tego słowa już mnie męczy. Nieważne, czy pracujesz żeby jeść, czy jesz żeby pracować. Cokolwiek robisz, o czymkolwiek myślisz, że mógłbyś robić - ma wartość dodaną do tego, czym się czujesz. To, czym się czujesz, nie wynika z tego, czym jesteś, a raczej wnika w to, czym jesteś, z żałosnym wsparciem tego, czego oczekujesz od kogoś, kim nie jesteś. Pułapka świadomości. Świadomości, o której w dodatku nie da się powiedzieć nic pewnego. A jeszcze cały arsenał prefiksów (pod-, nad-, nie- itd.) czyni ją kruchym rdzeniem.

Właściwie czego nie tknąć, wszystko jest dyskusyjne.

Tylko że z nikim o tym, bo kogo to i na co komu.

Wszyscy o tym na swój sposób. Zobacz, ile się wydaje książek czy gazet.

Zgroza. Słowotok. Też w tym biorę udział, niestety. Wobec rzeczywistości nadal jednak pozostaję nieufny w słowach.

To znaczy?

Co znaczy coś znaczyć? Istnieje literatura pociągająca aż do dna, proza czy wiersze zwarte w sobie, samowystarczalne - i taka literatura uzmysławia mi najbardziej, że sztuka i rzeczywistość to dwie różne sprawy. Jest tak dużo interpretacji rzeczywistości, że można pomyśleć, iż sama rzeczywistość nie ma swojej treści, jest abstrakcją, która podlega ciągłej - że użyję modnego wyrażenia - dyskursywizacji. Jedyne tabu to oczywistość.

Nie ma większej różnicy między tymi pojęciami.

Zależy. Na przykład w podejściu do opisu. Nikt nie powie: "chcę opisać oczywistość", to o rzeczywistości mówi się i pisze na okrągło i na bieżąco weryfikuje stan posiadania. Rzeczywistość daje się ująć i pochować w słowach, słowo słowem pogania, esencja rozcieńcza się w ślinie - spekulacje, porównania... A oczywistość wprost wali po oczach i nie trzeba nic dodawać od siebie. To nie rzeczywistość, a oczywistość ustala słuszny porządek spojrzenia na to, co jest dane. Porządek, rzecz jasna, chwilowy. Nie ma na to rady, na nic dąsy, zaklęcia poezji, wstrzymywanie oddechu "chwilowo na zawsze". Oczywistość wzburza od fundamentów po ostatnie piętra, nie zdążysz nawet pomyśleć, czy wiesz jak się odbudować. Oczywistość wyprzedzi każde ustalenie i beznadziejnie trudno wytrwać w opisie rzeczywistości, jeśli starasz się zdać sprawę z tego, co oczywiste. Chyba, że polubisz smak pleśni.

Nic z tego nie masz, że szybciej kojarzysz, błyskawicznie znajdujesz odpowiedź, wzbogacasz słownik wyrażeń?

Oczywistość jest zawsze i nadal natychmiastową ripostą.

Można jednak pisać, wierząc, że zanotowane nie zniknie, że coś zostanie.

Owszem, zostanie zanotowane. W ten sposób ciągle powiększa się dystans do pokonania. Nie przekonuj mnie, proszę...

Pamiętam kłótnie z dzieciństwa, wtedy najlepszym klinem na dalsze przechwałki było powiedzieć rywalowi: "cokolwiek zrobisz, ja zawsze o raz bardziej od ciebie".

Oczywiste jest bardziej rzeczywiste niż rzeczywiste oczywiste.

/ luty 2002

 do menu